Edukacja na rzepy (5/5)

Edukacja na rzepy – czyli jak uczyć, żeby nie nauczyć

W rozważaniach tych nie można pominąć matematyki. Może kiedy uświadomimy sobie, czego uczą się dzieci (a raczej, czego się nie uczą) z zakresu treści matematycznych, zrozumiemy, dlaczego tak marnie wypada matematyka na maturze. To nie młodzież jest słaba intelektualnie, to twórcy podstawy programowej w zakresie wczesnoszkolnej edukacji matematycznej zaprogramowali jej efekty końcowe. Nie trudno wyobrazić sobie pierwszoklasisty, który spędzając weekendy w centrach handlowych, zna doskonale ceny wymarzonych sprzętów multimedialnych, gier, a na lekcjach skręca się z nudów, licząc przez cały rok szkolny do dziesięciu. Zakładam, że w jego skarbonce jest więcej niż 10 złotych i nie przypuszczam, żeby miał problem z przeliczeniem całej kwoty. Gdyby jednak zabrał tę skarbonkę do szkoły i chciał przeliczyć pieniądze na zajęciach matematycznych, mógłby usłyszeć komentarz „Za mały jesteś, nie dasz sobie rady. To zbyt trudne operacje matematyczne. Rozwiążesz te zadania w następnych latach”.  Oby nie przyszło mu do głowy, żeby obliczyć, czy jeśli kupi sobie np. grę za 42 zł i płytę za 30 zł, to czy wystarczy mu na książkę za 29 zł?

Ta operacja matematyczna (zadanie złożone) w programie nauczania matematyki została usunięta z klas młodszych i pojawia się dopiero w klasie czwartej. Aż trudno uwierzyć, że to, co uczy logicznego myślenia, analizowania, co jest dużo ciekawsze od prostych rachunków matematycznych i z czym spotyka się dziecko w wielu życiowych sytuacjach, przez pierwsze trzy lata edukacji nie jest brane pod uwagę. Wiele się mówi o tzw. matematyce użytecznej, tymczasem w szkole dzieci uczą się liczenia dla samego liczenia. Dlatego nie widzą sensu uczenia się czegoś, co wydaje im się w życiu mało potrzebne i nudne. Tę zależność Pippi Långstrump dostrzegła już w pierwszym dniu w szkole, który był zarazem jej ostatnim dniem szkolnej nauki. Pippi miała policzyć, ile jabłek zjadł Axel. Chciała jednak zrozumieć, dlaczego chłopiec zjadł aż tyle jabłek, i czy jest to możliwe, żeby zjeść ich tak dużo. Dziewczynka miała wiele pytań, jednak kiedy nie uzyskała na nie odpowiedzi, doszła do wniosku, że zadanie to nie ma sensu, więc po co liczyć zjedzone jabłka? Wsiadła na konia i pojechała uczyć się poza murami szkoły. Czasem myślę, co by się działo, gdyby uczniowie mieli swoje konie… Oj! Nie byłoby kogo edukować!

Kilkanaście lat temu Jan Paweł II na spotkaniu z pedagogami powiedział „Uczeń da z siebie wszystko, jeżeli nauczyciel pomoże mu uchwycić znaczenie tego, czego się uczy”. Czyżby to było aż takie trudne dla nas nauczycieli? Nawet wtedy, gdy w podręcznikach, ćwiczeniach zadania są nierealne i bezsensowne, bądźmy mądrzejsi od ich autorów i nie wymagajmy od uczniów, aby je rozwiązywali. W przeciwnym wypadku narazimy się na śmieszność bądź – co jest znacznie gorsze – przyłożymy rękę do ogłupiania dzieci.

Przeczytaj część pierwszą

Przeczytaj część drugą

Przeczytaj część trzecią

Przeczytaj część czwartą

jbialobrzeska_podpis_black

Comments

comments