Leżakowanie i inne idiotyzmy fundowane dzieciom przez dorosłych

Każdego dnia obserwuję, jak infantylizujemy wychowanie i nauczanie. Jesteśmy w tym mistrzami. Mam wrażenie, że w imię tak zwanej miłości i odpowiedzialności, potrafimy zrobić dziecku „przysłowiową wodę z mózgu” lub „zrobić z dziecka wariata”.

Jeszcze dziś spotykam dzieci, które cytują swoich rodziców, mówiąc, że przyniósł je bocian i zostawił w domu na parapecie lub że znaleziono je w beczce z kapustą. Biedactwa zawdzięczające życie bocianowi lub kapuście!  A może to my, opowiadając te brednie, jesteśmy biedni, bo żałośni.

Stworzyliśmy język, którym posługujemy się w kontaktach z małymi dziećmi. Wydaje sią nam, że tak musimy mówić, bo wtedy maluchy nas lepiej rozumieją. Przemawiamy do nich wymyślonym na własny użytek stylem: „jedzie brumbrumek, patataj, cium, cium…”. Dodajmy do tego jeszcze zdrobnienia, monosylaby, zmiękczenia, neologizmy, którymi się komunikujemy. Czasem mam wrażenie, że gdyby ten malutki człowiek potrafił mówić, powiedziałby nam:

kochani

„Kochani, nie róbcie ze mnie wariata. Rozmawiajcie ze mną po ludzku, mówcie do mnie poprawną polszczyzną, to szybciej się nauczę mówić. Poza tym, śmieszni jesteście z tym wymyślonym przez was językiem. Zastanawiam się, kto z nas jest mały, ja, czy wy”.

Cóż, nic dodać, nic ująć. Z miłości, z rodzicielskiej troski już w pierwszych miesiącach życia potrafimy być tak zabawni, że aż smutni.

Dzieci są ciekawe świata, zadają mnóstwo pytań i oczekują konkretnych odpowiedzi. Jak wygląda serce? Skąd się biorą pioruny? Jakie są planety? Czy mucha długo żyje? I tym podobnie. Nie ograniczajmy ich poznawania do przysłowiowego podwórka. Nie infantylizujmy ich dzieciństwa. To, że jest się małym, nie oznacza, że głupiutkim bez możliwości zrozumienia, bez prawa do szacunku. Nie zamykajmy dzieci w bezpiecznych klatkach, gdzie bez intelektualnego wysiłku, bez upadków, bez problemów, bez trudów, bez wymagań zmarnują najwspanialsze pierwsze lata życia.

Przedszkolne leżakowanie – strach się bać!

Od wielu lat zastanawiam się, kto wymyślił hasło LEŻAKOWANIE. Nie wierzę, że mógł to być pedagog. Najprawdopodobniej był to urzędnik, który (niestety) nadal ma wiele do powiedzenia w placówkach oświatowych. Zauważyłam, że ma on szczególną słabość do małych dzieci. Wszędzie widzi zarazki, bakterie, zakazuje wykorzystywania poduszek, poduszeczek, kanap i innych miłych, miękkich form, na których można usiąść i do których można się przytulić. Dobro dziecka widzi przede wszystkim w przestrzeganiu norm żywieniowych, w kontrolowaniu krążących wokół jego głowy zarazków i innych niewidzialnych wrogów. Odwiedziłam przedszkola w różnych miejscach i na różnych kontynentach, m.in. w Sydney i w Tokio. Muszę stwierdzić, że w świetle polskich przepisów dyrektorom tych placówek groziłyby kary pieniężne, a może nawet zamknięcie placówki, mimo że dzieci wyglądały na szczęśliwe, miały ciekawe zajęcia, było tam czysto i kolorowo.

Powróćmy jednak do leżakowania, symbolu smutnej polskiej rzeczywistości. Zastanówmy się przez chwilę, który zdrowy człowiek, chcąc odpocząć po obiedzie, zakłada piżamę?

Nie trzeba być genialnym znawcą psychiki dziecka, żeby wiedzieć, że wkładanie piżamki kojarzy się z nocą, ze snem, bezpieczeństwem, a więc z domem i rodziną. Nie dziwmy się więc, że dziecko podświadomie boi się, że zostanie w przedszkolu, że nikt z bliskich go nie odbierze. Dorośli pomysłodawcy, propagatorzy takiej organizacji wypoczynku przedszkolnego stawiają dzieciom świat na głowie – z dnia robią noc, zaburzają naturalny rytm funkcjonowania. Czyżby miało to być dowodem ich  niezwykłej mocy, czy raczej braku szacunku do małego kilkuletniego człowieka?

Jeżeli w dalszym ciągu ktoś z dorosłych uzna, że nie mam racji, to powinien zrobić taki oto krótki test – kiedy zaprosi gości na obiad, to niech koniecznie poprosi ich o zabranie ze sobą piżamy (może znajdzie się czas po posiłku na drzemkę, a bez piżamy to przecież jest niemożliwe!).

W moim przedszkolu hasło leżakowanie, zastąpiłam słowem „lulilanki- kołysanki”. Trzy- i czterolatki po intensywnym przedpołudniu odpoczywają na leżakach (oczywiście w ubraniach),  słuchają bajek opowiadanych przez nauczycieli. Po około trzydziestu minutach większość maluchów regeneruje swe siły i na nowo chce wyruszyć na podbój świata. Nie muszą więc leżeć i udawać, że śpią. Dzieci, które potrzebują snu, zasypiają, a pozostałe idą się bawić.

Cieszę się, że coraz więcej dyrektorów i nauczycieli przedszkoli odchodzi od tradycyjnego i zarazem nieludzkiego wobec dzieci modelu leżakowania. Często spotykam się z opinią nauczycieli, że sanepid nie zgadza się z inną formą wypoczynku i bezdyskusyjnie mają być piżamy. Jeżeli w Twojej placówce jest podobnie, to czas najwyższy zacząć z tym walczyć. Oczywiście, w tej walce nie można być samotnym, bo tylko w grupie jest siła. Postarajcie się przekonać dyrektora, innych nauczycieli oraz rodziców. Są regiony w Polsce, gdzie nie ma takich wymagań. Widocznie pracują tam urzędnicy, którzy rozumieją, na czym polega dobro dziecka.

Comments

comments